Kategorie: Wszystkie | Filmowa | Książkowa | Podróżnicza | Teatralna
RSS
wtorek, 28 września 2010

 

Wieczorny spacer

Moją ulubioną formą poznawania miasta jest bezcelowe włóczenie się po jego ulicach, zaułkach i zakamarkach. Bez mapy i przewodnika. Bez przymusu, ciśnienia i konieczności. Ot tak, po prostu. Dla przyjemności. Błąkać się i odkrywać. Pozwolić się zgubić i odnaleźć w miejscu, którego się nie spodziewało. Zachwycić się. Nie móc się nadziwić. Zrozumieć, bądź nie. Westchnąć. Paść ze zmęczenia.

Ruszamy spod biura P. Na razie bezpiecznie, wzdłuż rzeki Singapore River. Przed nami, na horyzoncie rysują się trzy wieże, zwieńczone statkiem. To Marina Bay Sands. Budowla, która nie przestaje mnie zadziwiać od momentu, kiedy pierwszy raz ujrzałam ją w Internecie. Powodem mojego zdumienia jest nie tylko architektura, ale i fakt, iż na jej szczycie budynku znajduje się basen. Każdy, kto ma ochotę, może kupić bilet, wjechać na górę, zobaczyć to cudo na własne oczy, a przy okazji podziwiać miasto.

Mijamy Coleman Bridge, dochodzimy do Elgin Bridge, zza którego wyłaniają się wieżowce na Raffles Place. Zanim jednak do nich dotrzemy po przeciwnej stronie rzeki widzimy zadaszenia, pod którymi mieszczą się restauracje.

Z uwagi na turystyczny charakter tej części miasta, jadanie w tych knajpkach nie należy do najtańszych. Jednakże jest coś, dlaczego warto to zrobić chociażby raz. Niemalże każda z tych restauracji posiada własne akwarium, czy też specjalny zbiornik z wodą lub bez, w którym trzyma żywe ryby, kraby lub homary. Każdy, kto się zdecyduje na owoce morza tego typu, wybiera sobie sam, swój własny obiad albo kolację.

Dochodzimy do Raffles Place.

Błądzimy między drapaczami chmur.

I w niewiadomy sposób docieramy do drogi szybkiego ruchu.

Gubimy się. Nie chcemy wracać tą samą drogą. Decydujemy, iż będziemy szli przed siebie, gdzieś na pewno dotrzemy. Wokół nas rozciągają się jedynie place budowy. Oprócz tłumu budowlańców - nikogo. Zaczynamy wątpić. Zastanawiamy się, czy by jednak nie wrócić. Aż tu nagle, wyłania się przed nami duże skrzyżowanie, zwiększa się ruch, pojawiają się drogowskazy do metra. Uff, jest cywilizacja, gdzieś dotarliśmy. Brniemy dalej, aż tu nagle po naszej prawej stronie pojawia się taki oto widok.

Okazuje się, iż błądząc, obeszliśmy zatokę, docierając na przeciwny jej kraniec. A to z kolei oznacza, że za chwilę staniemy u podnóża Marina Bay Sands!

Przechodzimy parenaście metrów i stajemy pod dziwną konstrukcją.

Tabliczka głosi, iż jest to “Spacer we mgle”. Instalacja ta ma za zadanie rozsiewać chmurę mgły w celu obniżenia temperatury powietrza w najbliższym otoczeniu. Wizję artysty dopełniają zmeniające się kolory świateł oraz dźwięki muzyki. Iście wschodnie podejście do odbierania rzeczywistości.

Przechodzimy pod palmami.

Spoglądamy na Marinę.

Dochodzimy do kosmicznego w swym kształcie Helix Bridge, zza którego przebija Singapore Flyer i odkrywam, że most jest zamknięty. Nie przedostaniemy się tędy na drugą stronę zatoki. Wracamy, przy czym nie placem budowy, a brzegiem zatoki. Skąd rozciąga się widok, na będące jeszcze w budowie, a swym kształtem przypominające kwiat lotosu, Muzeum Sztuki i Nauki.

Idziemy dalej, by dotrzeć do miejsca, w którym znajduje się symbol Singapuru, Merlion – pół lew, pół ryba.

Rzucamy jeszcze okiem na Esplanade Theatre, któremu architekt nadał kształt duriana, owocu niezwykle popularnego w Singapurze, aczkolwiek zepchniętego do spożywania wyłącznie w domowych pieleszach, z uwagi na jego nieprzyjemny zapach.

 

17:19, tygryska_bez_paskow , Podróżnicza
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 września 2010

 

Pierwsze kroki na azjatyckiej ziemi

Uff, wreszcie w Internecie! Czas na krótką relację z podróży.

Sobota, 18 września 2010 r. – dzień wylotu.

Wczesna pobudka, szybka kawa, nerwowe dopakowywanie ostatnich rzeczy, sprawdzanie ciężaru bagażu. Wychodzimy. Metro i tysiące myśli. Czy na pewno zabraliśmy wszystko, czego będziemy potrzebować, czy to co zabraliśmy, jest dozwolone w kraju restrykcyjnych zakazów i nakazów? Heathrow. Odprawa, kontrola bezpieczeństwa i moje zaskoczenie. Jak szybko, jak sprawnie! Chwila oddechu. W międzyczasie na ekranach pojawia się informacja o numerze bramki. Podążamy w wyznaczonym kierunku, przechodzimy przez ostatnią kontrolę biletowo-paszportową. I już go widzimy. Stoi tam i czeka na nas. Ogromny. Dwupoziomowy Airbus A380.

Po krótkiej sesji fotograficznej, odczekaniu paru minut, słyszymy wezwanie , iż możemy już zajmować swoje miejsca. Ruszamy do rękawa, przedzieramy się przez niego i docieramy do samolotu, gdzie witają nas uśmiechnięte stewardessy. Zajmujemy wyznaczone miejsca. Przed nami 12-to godzinny lot. Kolejne myśli kłębią się w głowie. Jak, ja to wytrzymam? Oszaleję w tym samolocie! Tak się jednak nie dzieje. Lot okazuje się przyjemny. Męczy w minimalnym stopniu, jedynie u swego finału. Trudno się nudzić, zbyt dużo się dzieje. Obsługa nieustannie coś roznosi i podaje, a to gorące ręczniczki, a to słuchawki, a to napoje i przekąski, gdzieś po drodze obiad i śniadanie. Oglądamy filmy i słuchamy muzyki, każdy wybiera, to co lubi i na co ma ochotę. Ponadto na dowolnym etapie podróży mamy możliwość sprawdzania na monitorach umieszczonych w fotelach, naszego położenia względem Ziemi, wysokości przelotowej, kierunku i siły wiatru, temperatury na zewnątrz, ilości przebytych kilometrów itd. Co wygląda tak:




Niedziela, 19 września 2010 r.

Lądujemy. Jako jedni z nielicznych w miejscu docelowym. Większość współpasażerów przesiada się i leci dalej, głównie do Australii i Nowej Zelandii. My natomiast dopełniamy ostatnich formalności, wypełniamy landing card, odstajemy swoje w kolejce do kontroli imigracyjnej, przechodzimy przez rozmowę z oficerem imigracyjnym. I doceniamy Unię Europejską, dzięki której wszędzie możemy czuć się „u siebie”. Odnajdujemy nasze bagaże, odbieramy je i udajemy się do wyjścia. P. odpala swojego pierwszego od jakichś 15 godzin papierosa, a ja przeżywam szok! Czuję się tak, jakby ktoś wylał na mnie wiadro gorącej wody. Inaczej nie potrafię tego opisać. Jest tak parno, że nie ma czym oddychać. W powietrzu nieustannie unosi się dziwny do określenia zapach. Być może tak pachnie upał? Pomimo gorąca i zaduchu, nie mogę oderwać oczu od roślinności. Bujnej, soczyście zielonej, pięknej i oszałamiającej. Bierzemy taksówkę i ruszamy do naszego nowego „domu”. Jedziemy i nie potrafimy oderwać oczu od tego, co za szybą. Coż za przyroda! I myśl: kurcze, jestem w Azji!!! Po niespełna 20 minutach docieramy pod wskazany adres. Na dziedzińcu, między blokami rozciąga się basen dostępny dla wszystkich lokatorów. Stoi sobie taki pusty i samotny. Ale już niedługo, w końcu my tu przybyliśmy! Wdrapujemy się do mieszkania, z widokiem na:

Padamy nieprzytomni ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń.

19:30, tygryska_bez_paskow , Podróżnicza
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 września 2010

 

Unseen – Mari Jungstedt

Wracam do blogowania! Moją nieobecność na blogu usprawiedliwiam: wakacyjnym wyjazdem do Polski, przyjazdem znajomych do Londynu i koniecznością oprowadzania ich po mieście, ekscytacją związaną z planami na najbliższą przyszłość, o czym napiszę niżej oraz marazmem i odrętwieniem w jakie od czasu do czasu zdarza mi się popadać. A teraz do rzeczy.

“The first body they found was the dog. The poor creature’s throat had been cut, and one paw severed completely. Then they came upon the body of the woman. She had been stabbed, again and again; she was naked, with a pice of cloth stuffed into her mouth. The picturesque holiday island of Gotland, off the cost of Sweden, is in the middle of a busy tourist season when a young woman is found murdered. Suspicion falls on her husband – the couple had been seen fighting the evening before. Inspector Anders Knutas is hoping it will be a straightforward case; the local authorities are hoping so too, but more out of an interest in proctecting the tourist trade than any desire to see justice served. Then another victim is discovered, a second young woman, and she has been murdered in the same chilling manner...”

Po tylku przeczytanych kryminałach skandynawskich, czytając “Unseen” trudno mi było uwierzyć, że w Szwecji kiedykolwiek przychodzi słoneczne lato i upalne wakacje. A jednak! Jungstedt dowiodła, iż można napisać powieść kryminalną, której akcja nie rozgrywa się mroczną i wietrzną jesienią, nie tracąc jednocześnie charakterystycznej dla tego typu powieści atmosfery niepokoju, czy grozy. Autorka buduje klimat w oprciu o niewiadomą. Nie wiemy, czy będzie następne zabójstwo, a jeśli będzie, to kto zostanie poszkodowany. Niemalże do ostatniej strony nie mamy bladego pojęcia, kto jest mordercą i jakim kluczem posługuje się w doborze swych ofiar. Nic nie chce ułożyć się w całość. Kolejne hipotezy upadają, a my wraz z inspektorem Knutasem i innymi policjantami, błądzimy. A propos inspektora Knutasa, to bohater zgoła odmienny od swoich literackich poprzedników. Bez problemów alkoholowych, rozpadającej się, czy też już rozpadłej rodziny, bez dzieci, które się go wyrzekły, za to z domem i kochającą żoną. Czyżby policjanci mogli wieść normalne i poukładane życie?

Jest jedna rzecz, która nie podobała mi się w tej powieści. A mianowicie pojawiający się w jej treści romans. Nie napiszę między kim, a kim, kto sięgnie po książkę, ten się dowie. Napiszę natomiast, że w moim przekonaniu był on zupełnie zbędny i bezcelowy. W momencie jego nawiązania, łudziłam się, iż może będzie miał on kluczowe znaczenia dla rozwiązania zagadki, ale nic takiego tak naprawdę nie miało miejsca. Wygląda mi to na tanią zagrywkę, mającą na celu utrzymanie uwagi czytelnika.

Moja ocena: 5/6

A teraz słów kilka o owych ekscytujących planach na najbliższą przyszłość, o których wspomniałam we wstępie wpisu. Otóż najbliższe trzy miesiące spędzę w Singapurze. Mój Najukochańszy P. jedzie tam w związku ze swoją pracą i oczywiście, nie mogło być inaczej ;) zabiera mnie ze sobą. Wylatujemy w tę sobotę, wracamy tuż przed Bożym Narodzeniem. Jako że jest to moja pierwsza tak daleka podróż, jestem zarówno podekscytowana, zdezorientowana, jak i trochę przestraszona. Wszystko co tam zobaczę będzie dla mnie nowe i nieznane, wszystkim co mnie zadziwi, czy to swoim pięknem, niezwykłością, egzotyką chciałabym się z Wami podzielić, dlatego dodam nową kategorię, w której będę zamieszczać zdjęcia i krótkie relacje. Oczywiście nadal zamierzam czytać, jak i dzielić się czytelniczymi wrażeniami. Książek nie mogę wziąść ze sobą zbyt wielu, z uwagi na limity bagażu. Zmierzam sobie kupić kilka na lotnisku, po przejściu kontroli, ale też nie mogę przesadzać, bo to nie ja to będę dzwigać, tylko P., o czym zresztą jeszcze nie wie ;) Zresztą Singapur jest międzyinnymi krajem angielskojęzycznym, więc chyba nie będzie wielkiego problemu z dostępem do literatury.

A tymczasem, już najwyższa pora zacząć się pakować!

15:17, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 sierpnia 2010

 

Woman With Birthmark – Hakan Nesser

Wpadłam w jakiś „kryminalny ciąg”, jeśli tak to można ująć. Odrzuca mnie od lektur ambitnych, wymagających i trudnych. Jednakże czytać mi się chce, sięgam więc po kolejną powieść kryminalną, usprawiedliwiając się w myślach tym, iż czynię to w celach naukowych, w końcu czytając po angielsku uczę się tego języka. I takim oto sposobem poznałam Nessera.

„A young woman shivers in the December cold as her mother’s body is laid to rest in cementry. A middle-aged man is killed at his home, shot twice in the chest and twice below the belt. He had recently received a series of bizarre phone calls in which an old song is played down the line, evoking an eerie sense of both familiarity and unease. Before the police can find the culprit, a second man is killed in the same way. Chief Inspector Van Veeteren and his team must dig far back into each man’s past – but with few clues at each crime scene, can they find the killer before anyone else dies? And as Van Veeteren muses on complexity of the emerging puzzle, it falls to someone else to provide the first key insight…”

„Woman With Birthmark” jest typowym kryminałem skandynawskim, który czyta się z niemałą przyjemnością. Jest mrocznie, zimno i klimatycznie. Jest też nieodzowne w tego typu powieściach zwrócenie uwagi na pewien problem społeczny, który stanowi jej trzon. I wydaje się, iż owy problem swego czasu musiał być w Szwecji niemały, gdyż „Women With Birthmark” po raz pierwszy ukazało się w tym samym roku co „Piąta kobieta” Mankella, a tematyka obu powieści jest do siebie zbliżona. Co oczywiście rodzi pytania, porównania, a niekiedy i podejrzenia. Ale odłóżmy to na bok i zajmijmy się „Woman With Birthmark”.

Od samego początku czytelnik wie, kto jest zabójcą. Wie również, że w grę wchodzi zemsta. Mało tego, domyśla się powodów, dla których morderca postępuje tak, a nie inaczej. Jest tego wszystkiego świadomy, a mimo to czyta dalej z zapartym tchem. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Pytanie dlaczego? Oczywiście z ciekawość. Czytając, zastanawiały mnie dwie rzeczy, czy Van Veeteren i jego ekipa rozwiąże w końcu zagadkę, co szło im niezwykle opornie, żeby nie rzec nieudolnie, i czy dokona tego zanim morderca „wymierzy sprawiedliwość” swoim ofiarom. Odpowiedź znajdujemy oczywiście dopiero na samym końcu, ale przecież o to chodzi, by trzymać czytelnika możliwie jak najdłużej w niepewności i napięciu. A to wychodzi Nesserowi całkiem nieźle. Po przydługawym i nudnawym początku, akcja nabiera tempa. Jednakże, jak przystało na kryminał skandynawski, owe tempo nie jest zawrotne. Kluczowe zdarzenia są dozowane i przeplatają się z historiami bohaterów. Wątki płynnie się ze sobą łączą, tworząc zgrabną i spójną całość, a finał powieści skłania do refleksji nad sprawiedliwością, sposobem jej wymierzania oraz wpływu poszczególnych wydarzeń na całokształt naszego życia.

Patrząc na „Women With Birthmark”od strony językowej, przyznaję, iż w kilku momentach nie obyło się bez pomocy słownika, ale tym większa satysfakcja z jej przeczytania. Mam nadzieję, że wkrótce wskoczę na „wyższy poziom” i zacznę czytać także inne gatunki literackie w języku angielskim.

Moja ocena: 5/6

19:50, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 sierpnia 2010

 

The Man Who Smiled – Henning Mankell

„The Man Who Smiled” to mój pierwszy kryminał przeczytany po angielsku. Dotychczas nie zabierałam się za czytanie powieści kryminalnych w obcym języku z obawym przed niezrozumieniem jakiegoś drobnego elementu fabuły, który mógłby mieć niekorzystny wpływ na moje współrozwiązywanie zagadki. A tego nie lubię, gdyż w powieściach tego typu, najbardziej cieszy mnie sposobność zabawienia się w detektywa. Jednakże moje obawy, jak zwykle okazały się przesadzone.

„After killing a man in the line of duty, Inspector Kurt Wallander finds himself spiralling into an alcohole-fuelled depression. He has just decided to leave the police when an old friend approaches him for help investigating his father’s suspicious death. Kurt doesn’t want to know. But then his friend is found shot dead. Against his better judgement, Kurt returns to work to head what may now have become a double murder case. But while Wallander is on the trail of the killer, somebody is on the trail of Wallander, and closing in fast.”

Muszę przyznać, iż „The Man Who Smiled” trochę mnie rozczarował. Może jest w tym nieco mojej winy, gdyż nie czytam serii o Wallanderze w kolejność ustalonej przez autora, przez co oceniam książkę napisaną wcześniej z perspektywy tej, która powstała później. Ale do rzeczy. Co mi się nie podobało? Efekty. Iście hollywoodzkie. Wybuchające miny, samochody, strzelaniny i pościgi. Wygląda to trochę tak, jakby autor zapędził się w kozi róg i nie mogąc z niego wybrnąć, sięgnął po efekciarskie, aczkolwiek banalne i niegodne pisarza tej klasy rozwiązania. Chwilami nie mogłam uwierzyć w to o czym czytałam, ze zdumienia przecierałam oczy, zastanawiając się, gdzież się podział ten klimatyczny Mankell, znany mi z „Piątej kobiety”? Bo w „The Man Who Smiled” brakuje atmosfery. Niby jest ten borykający się z problemami detektyw Wallender, jest mgła i przeszywające zimno, ale jak się okazuje, to trochę za mało, by przenieść czytelnika w mroczny świat zbrodni i ciemnej strony ludziej natury. Mnie Mankell nigdzie nie zabrał. Ot, siedziałam w pokoju i czytałam książkę, nudząc się momentami i wyczekując końca.

Niemniej można przeczytać, w końcu to klasyk gatunku. Może trochę zmęczony, ale mimo wszystko klasyk. Jednakże nie należy spodziewać się misternie skonstruowanej fabuły, głębokich rysów psychologicznych postaci, czy też analizy kondycji szwedzkiego społeczeństwa.

Jeśli zaś chodzi o stronę językową powieści, to muszę przyznać, iż byłam zaskoczona łatwością z jaką przychodziło mi jej czytanie. Nie wiem z czego to wynikało, czy z prostego stylu zastosowanego przez pisarza, czy może z tłumaczenia na j. angielski. W każdym bądź razie rzadko kiedy sięgałam po słownik, by coś sprawdzić. Tak więc polecam wszytkim nieśmiałym i przerażonym perspektywą czytania w języku angielskim. Podbudowuje i zachęca do sięgnięcia po kolejną lekturę.

Moja ocena: 3.5/6

17:28, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (2) »
środa, 21 lipca 2010

 

Nielegalne związki – Grażyna Plebanek

Zabieram się za tą recenzję od tygodni. Za każdym razem kiedy otwieram Worda i próbuję napisać kilka zdań na temat tej rzekomo najlepszej, polskiej powieści erotycznej, momentalnie mnie odrzuca. Dziś będzie inaczej, postanowiłam, że zbiorę się w sobie i w końcu naskrobię parę słów.

Uparałam się na tę książkę, jak osioł. Słyszałam i czytałam o niej wszędzie. Nie zraziły mnie krytyczne opinie na blogach. Wiedziałam, że muszę ją mieć i kiedy tylko nadarzyła się okazja kupiłam. Od razu po powrocie do domu, niemalże z wypiekami na twarzy, zaczełam czytać. I się rozczarowałam.

Jonathan, Megi, Andrea. Mąż, żona, kochanka. Jonathan – targany namiętnościami, rozdarty między dwie kobiety, nie potrafiący dokonać jakiegokolwiek wyboru, tkwiący w kłamstwie. Andrea – ta która uwodzi i zwodzi, kapryśna i wymagająca, osiągająca założone cele. Megi – wierna, niewierna żona. Zagubiona, kurczowo trzymająca się męża. Tło wydarzeń – kosmopolityczna Bruksela.

To co miało być mocną stroną, książki stało się jej słabym punktem. Erotyka zawiodła. Nie ma wypieków na twarzy, podniecenia, ciekawości, chęci sprawdzenia, doświadczenia tego co bohaterowie. Bo tak naprawdę, to sami bohaterowie niewiele doświadczają w tej powieści. Snując się po jej stronach, nieustannie dochodzą do wniosku, że oto mają ochotę na seks, tu i teraz. Jedynym celem jest zaspokojenie, co pociąga za sobą konsekewncje dla czytelnika, który po pewnym czasie czuje się oszukany, znudzony i z utęsknieniem wyczekuje końca. Do powieści erotycznej dużo brakuje tej książce. Nie znalazłam w niej ani jednej zmysłowej sceny, takiej która zapadłaby w pamięci i rozpaliła zmysły.

W „Nielegalnych związkach” nie rozwija się nic, ani akcja, ani bohaterowie. Do sto którejś strony miałam nadzieję. Dawałam szansę w oczekiwaniu na jakikolwiek zwrot. Nie stało się nic. Nic szczególnego, nic doniosłego. Główny bohater do ostatniego wiersza jest taką samą męczyduszą, jaką był na początku. Nie uczy się, nie wyciąga wniosków. Nie umie wybierać, chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Jedyną rzeczą, która mu świetnie wychodzi jest marudzenie. Swoją drogą, dla jakiej kobiety ktoś taki może być atrakcyjny? Czy to w ogóle jest facet? Czy, aby przypadkiem autorki nie przerosło zadanie? Czy nie porwała się z motyką na słońce, opisując romans z punktu widzenia mężczyzny? Trochę tak to wygląda, trochę zbyt kobiecy ten cały Jonathan. Chyba nie wyszło. I nawet trudno w tym miejscu powiedzieć, że szkoda, bo książka miała potencjał. Nie, nie miała. Treść jest trywialna, momentami zahaczająca o tanie romansidło, dla której jedynym wybawieniem mogły być sceny miłosne.

Muszę jednakże przyznać, iż czyta się szybko.

Moja ocena: 2/6

17:47, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 czerwca 2010

 

Grobowa cisza - Arnaldur Indridason

Jako fanka kryminałów i mrocznych północnych klimatów, nie mogłam nie sięgnąć po najnowszą powieść Indridasona. Wiedziałam, że będzie, zimno, ponuro i przerażająco. Nie wiedziałam, że podczas czytania będą przechodzić mi po plecach ciarki. Szkoda tylko, że nie za sprawą emocjonujacego wątku kryminalnego, a przerażających, żeby nawet nie rzec drastycznych scen przemocy w rodzinie.

„W małym białym przedmiocie, którym bawi się niemowlę, student medycyny rozpoznaje ludzką kość. Wkrótce na pobliskiej budowie zostają odkryte dawno pochowane zwłoki... Zanurzając się w mroczną i melancholijną atmosferę Islandii, stopniowo poznajemy przerażającą historię, która rozegrała się przed siedemdziesięciu laty. Świadków tamtych wydarzeń trudno odnaleźć. Ostatni z nich, tuż przed śmiercią, wspomina o „krzywej” kobiecie. Czy ta tajemnicza wskazówka naprowadzi komisarza Erlendura na rozwiązanie zagadki? Grobowa cisza to nie tylko wciągający kryminał – to także powieść o problemach islandzkiego społeczeństwa”.

Będę polemizowała z ostatnim zdaniem wydawcy. W pierwszej kolejności „Grobowa cisza” to powieść o kondycji islandzkiego społeczeństwa, aniżeli kryminał. Co zresztą przemawia na jej korzyść. Ba! jest najmocniejszą stroną całej historii. To wątek społeczny stanowi osnowę powieści, to on jest jej poczatkiem i końcem, to on napawa strachem i przerażeniem. W zasadzie to jedyna rzecz, która trzyma w napięciu i zmusza do doczytania „Grobowej ciszy” do ostatniej strony. Trzeba przyznać, że Indridason potrafi pisać o złych emocjach tkwiących w człowieku i czynach, do których one prowadzą. Z łatwością wchodzimy w położenie ofiar, czujemy na skórze oddech oprawcy i ból zadawanych ciosów. Przeraża bezradność, niepewność i okrucieństwo.

Niestety sam wątek kryminalny nie powala na kolana. Plus za oddanie atmosfery, za wprowadzenie czytelnika w mroczny świat północy, przesiąkniety chłodem, który byłam w stanie odczuć nawet w upalny dzień. Jeżeli chodzi o akcję, to też nie jest źle, jest ona spójna, poszczególne wydarzenia gładko przechodzą w inne, jednakże wszystko dzieje się zbyt wolno, niemalże sennie. Trochę tak jakby autor chciał zyskać na czasie, nie mając pomysłu na ciąg dalszy. W ogóle mam wrażenie, że Indridason chciał napisać coś innego, a przypadkiem wyszedł z tego kryminał. Co prawda nie najgorszy, ale też nie taki, który miałby stać się w przyszłości lekturą obowiązkową, każdego szanującego się miłośnika gatunku.

Moja ocena: 4,5/6

13:30, tygryska_bez_paskow
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

 

Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu – Manula Kalicka

Zabierając się za tę lekturę dałam się zwieść tytułowi, opisowi i okładce. Spodziewałam się lekkiego czytadła, a dostałam przejmującą opowieść o wojnie, widzianej oczami zagubionych ludzi, uwikłanych w wielkie sprawy, często dla nich niezrozumiałe.

„Jakiej broni może użyć drobna kobietka przeciw wojennej machinie hitlerowców?” Przed wojną Irenka Górecka ‘fikała nogami’ w kabarecie. We wrześniu 1939 roku przewrotny los oddał jej pod opiekę bezcenny autoportret Rembrandta i... żydowskiego chłopca. Dla Trzeciej Rzeszy stała się więc ‘śmiertelnym wrogiem’. Ale od czego wdzięk, spryt, czar, szyk i największa broń kobieca: seksapil! Oto historia, w której przeplatają się śmiech i łzy. Oto bohaterka, którą można nazwać Frankiem Dolasem w spódnicy.”

Brzmi, jak historyjka o kobietce ładnej i sprytnej, wdzięczącej się do każdego napotkanego mężczyzny, na każdej ze stron powieści. A to zupełnie nie tak! Bo chociaż Irenka jest główną bohaterką książki i na pewno nie sposób odmówić jej, urody, ani życiowej zaradności, to jest to przede wszystkim historia bólu, cierpienia, straty, upokorzenia, a także problemów, jakie wiążą się z wojną i dotykają przeciętnego człowieka, a z jakich sobie nawet nie zdajemy sprawy czytając litaraturę faktu. A wszystko to podane bez patosu i zadęcia, na przykładzie ludzi, do których żywimy sympatię, z którymi wspólnie przeżywamy, którzy nas obchodzą, którym współczujemy.

Tak więc jest Irenka, profesor Rosenblatt, hrabina Łęska, antykwariusz Himmelblau z rodziną, Gedalia oraz wiele postaci dalszego planu, z którymi spotykamy się czasem tylko raz, a których historia ma nam pokazać okrucieństwa wojny. Wszyscy główni bohaterowie powieści zostali przedstawieni przez autorkę w taki sposób, iż nie mamy najmniejszego problemu z wyobrażeniem sobie ich, a każdy z nich jest inny, wielowymiarowy oraz barwny, mimo szarych, smutnych i trudnych czasów.

Za sprawą języka, zabawnych dialogów, ciekawej fabuły oraz braku przydługawych opisów przyrody i temu podobnych „Rembrandta, wojnę i dziewczynę z kabaretu” czyta się szybko i chętnie, a przeplatajace się ze sobą wątki tworzą spójną zgrabną oraz wzruszającą całość.

Moja ocena: 5/6

12:09, tygryska_bez_paskow
Link Komentarze (7) »
czwartek, 27 maja 2010

 

The Other Hand - Chris Cleave

Jestem z siebie dumna, to moja pierwsza „prawdziwie dorosła” powieść, jaką przeczytałam po angielsku. Wcześniej zdarzało mi się czytać jedynie książki dla dzieci i opowiadania. Nigdy jednak nie zmierzyłam się z niczym poważniejszym ze starchu przed niezrozumieniem. Jednakże po raz kolejny życie pokazało, iż strach ma jedynie wielkie oczy i nic ponadto. Po „The Other Hand” sięgnęłam za sprawą intrygującego opisu na okładce.

„We don’t want to tell you what happens in this book. It is a truly special story and we don’t want to spoil it. Nevertheless, you need to know enough to buy it so we will just say this: This is the story of two women. Their lives collide one fateful day, and one of them has to make a terrible choice. Two years later, they meet again-the story starts there… Once you have read it, you’ll want to tell your friends about it. When you do, please don’t tell them what happens either. The magic is in how it unfolds.” .

I co ja mam teraz zrobić? Zgodnie z powyższymi instrukcjami powinnam rozpływać się w zachwytach, zachęcając Was do lektury bez zdradzania szczegółów. To trudne, gdyż nie podzielam entuzjazmu ani wydawcy, ani recenzentów. I o ile wydawcę potrafię zrozumieć, w końcu w jego interesie leży sprzedanie książki, o tyle recenzentów, na dodatek szacownych dzienników i czasopism, nie potrafię. W moim przekonaniu jest to jedynie książka do przeczytania, na pewno nie dzieło wybitne na jakie jest kreowana.

„The Other Hand” jest smutną historią dwóch kobiet, jednakże nie na tyle smutną by wycisnąć z nas łzy. Tak więc nie wzruszyłam się, być może nieczuła jestem, a może jednak czegoś nie zrozumiałam (w końcu to mój pierwszy raz), a może po prostu bohaterowie, a w zasadzie bohaterki, bo to ich losy stanowią trzon powieści, były niewystarczająco przekonujące, nazbyt papierowe i płytkie. Nie potrafiłam postawić się na miejscu żadnej z nich i wczuć w tragiczny los, który je spotkał. Do ostatniej kartki pozostałam obojętna. Niemniej muszę przyznać, iż sama historia jest dosyć interesująca i ma niewykorzystany potencjał. Gdyby autor pokusił się o głebszy rys psychologiczny postaci, związał nas emocjonalnie z bohaterkami, pozwolił nam przeżywać ich cierpienia, a nie tylko czytać o nich, być może powstałaby naprawdę dobra powieść.

W związku z tym, iż jest to moja pierwsza książka w obcym języku, jaką przeczytałam od poczatku do końca, już zawsze pozostanie mi do niej sentyment. Śmiało mogę ją polecić wszystkim tym, którzy obawiają się czytania po angielsku. Jest ona napisana na tyle zrozumiałym językiem, iż każdy, kto czuje się niepewnie we władaniu angielskim, nie będzie odczuwał najmniejszych frustracji związanych z tą lekturą.

Moja ocena: 4/6 ( z uwagi na sentymentalny stosunek, w innym przypadku byłaby odrobinę niższa)

14:14, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 10 maja 2010

 

Bękart ze Stambułu - Elif Safak

Najsmakowitsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałam! Od pierwszej do ostatniej strony przesiąknięta zachęcającymi, nie pozwalającymi odłożyć jej nawet na chwilę smakami i zapachami.

„Turcja: dziewiętnastoletnia zbuntowana Asya, jej piękna matka Zeliha, zwariowana ciocia Cevriye, ciocia Banu, która zawarła tajny pakt z dżinami, oraz najstarsza w rodzinie Mateńka... W rodzinie Kazanci ostały się głównie kobiety – mężczyźni za sprawą tajemnej klątwy nie dożywają czterdziestki... Stany Zjednoczone: dziewiętnastoletnia zbuntowana Armanusz o armeńskich korzeniach, jej ciepła, nieco histerczyna matka Rose oraz ojczym – turecki emigrant, Mustafa Kazanci, uciekający przed demonami przeszłości i przeznaczeniem. Te dwie rodziny spotykają się za sprawą niezwykłego splotu okoliczności, co doprowadza do wielu nieprzewidzianych wydarzeń, które na zawsze odmienią losy bohaterów...”.

Przepadłam od pierwszego rozdziału. Nie potrafiłam przestać czytać, a jeśli już musiałam, to nie mogłam się doczekać kiedy znowu wrócę do lektury. I nie wiem, co tego przyczyną, czy historia, czy język, czy poczucie humoru, czy atmosfera i klimat Stambułu. Chyba każdy z tych elementów był nieodzowny by „Bękart ze Stambułu” mógł uwieść czytelnika.

Główną bohaterką książki jest przeszłość. Poszukiwana, rozgrzebywana, nie dająca spokoju, nurtujaca i nie pozostająca bez wpływu na teraźniejszość. Asya i Armanusz drążą ją, chcą poznać prawdę i istniejące tajemnice. Każda na swój sposób, każda w sprawach dla niej istotnych. Zeliha i Mustafa chcą zapomnieć. Odciąć się od zaistniałych wydarzeń i zacząć nowe życie. Bezskutecznie, bo czy znana, czy nieznana przeszłość zawsze pozostanie częścią nas, odciskając piętno na teraźniejszość i przyszłość.

Powieść przesiąknięta jest kobiecością, w każdej z jej odmian. Od wyzywającej Zelihy, poprzez dziewczęcą Armanusz, aż po nestorkę rodu Mateńkę. Kobiety w „Bękarcie ze Stambułu” żyją. Są głośne, radosne, wrażliwe, opiekuńcze, twarde, przedsiębiorcze, nieustępliwe, skomplikowane, barwne i wyraziste. Trudno odmówić im sympatii.

Safak pisze w taki sposób, iż każda ze stron emanuje smakiem i zapachem. Każdy rozdział nosi tytuł jednego składnika, z którego na koniec powstanie deser, którego spożycie przez jedną z postaci będzie miało tragiczne dla niej skutki. Ponadto smaki i zapachy wydobywają się z każdej potrawy przyrządzonej przez bohaterki. Wszystko jest kolorowe i aromatyczne. Ale pachnie nie tylko jedzenie, również Stambuł. To wielokulturowe miasto przesiąka zapach morza, słońca, wiatru, przypraw i korzeni.

Elif Safak pisze rewelacyjnie, już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po kolejną z jej powieści.

Moja ocena: 6/6

14:35, tygryska_bez_paskow , Książkowa
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2

Teraz czytam

teraz czytam teraz czytam

Czytamy na głos

teraz czytamy na głos